Nowe technologie i prawa człowieka

Nie ma nadziei na wolność tam, gdzie nie ma wolnych mediów

Chociaż postawy autorytarnych przywódców nie zmieniły się za bardzo z biegiem czasu, medialny krajobraz owszem. Media są teraz bardziej dostępne - i podatne na wszelkiego rodzaju nadużycia - niż kiedykolwiek wcześniej.

prez Eva Simon

Autorytarni przywódcy - nawet ci demokratycznie wybrani - uwielbiają obwiniać media za ujawnianie ich kłamstw, korupcji czy czegokolwiek innego, co mieli nadzieję ukryć przed wiadomością publiczną. To właściwie żadna nowość. Dokładnie to samo działo się już prawie 100 lat temu. Timothy Snyder, znany z książki "Czarna ziemia: Holokaust jako ostrzeżenie", opisał w niedawno opublikowanym artykule, jak w Niemczech lat trzydziestych naziści użyli zwrotu "Lügenpresse", aby zdyskredytować dziennikarzy, którzy próbowali zdać relację z ich działalności. Lügenpresse, jak zapewne się domyślacie, tłumaczy się na "fake news". Nazistowcy politycy używali tego wyrażenia wtedy, tak samo jak dzisiaj używają go współcześni politycy. Milos Zeman, prezydent Republiki Czeskiej, Viktor Orbán, węgierski premier i prezydent Stanów Zjednoczonych, Donald Trump szczególnie przyczynili się do rozpropagowania tego terminu.

Ale choć postawy polityków niewiele się zmieniły, to medialny krajobraz owszem. Wejście na rynek mediów jest łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Wraz z pojawieniem się Internetu każdy, kto ma nawet skromny budżet na reklamę, może zdobyć popularność bez większego wysiłku. A kto ma więcej pieniędzy niż przyjaciele autorytarnych przywódców, którzy nabijają swoje kieszenie składając zawyżone oferty w przetargach na umowy publiczne? Wykorzystują te nieuczciwie zdobyte pieniądze na letnie domy i luksusowe wakacje i inne zbytki, ale wykorzystują te pieniądze również w innym celu: kupują niezależne krajowe media. Autorytarni przywódcy – a właściwie wszyscy politycy – świetnie zdają sobie sprawę, że jeśli kontrolują to, co widzą i słyszą wyborcy, skutecznie kontrolują ich opinie na temat polityki publicznej - a więc mają wpływ na to, jak głosują.

Polityczni ziomkowie nadają

Węgry, będące domem największych autorytetów autorytaryzmu europejskiego, są oczywistym przykładem działania tego planu. Viktor Orbán w 2002 roku przegrał wybory i tym samym nie uzyskał reelekcji - natychmiast obwinił media. Po powtórnym dojściu do władzy w 2010 r. ziomkowie Orbana wykupywali jedną węgierską firmę informacyjną po drugiej. Na dzień dzisiejszy nabyli prawie wszystkie największe spółki medialne na Węgrzech, a jego rząd uchwalił nowe ustawy, eliminując konkurencję i dając nadzór branżowy nowemu zarządowi wypełnionemu - jak się domyślacie - kolejnymi koleżkami premiera.

Według Centrum Badań Mediów i Danych (CMDR) działającym przy niedawno zamkniętym Uniwersytecie Środkowoeuropejskim, dziś ponad 500 programów telewizyjnych, radiowych i prasowych znajduje się w rękach przedsiębiorców przyjaznych dla Orbána, choć te 500 tytułów pozostaje pod kontrolą zaledwie 23 firm. Wszystko działo się niemal z dnia na dzień: w 2015 r. tylko 31 z tych 500 programów było w rękach przychylnych rządowi, a 21 nawet nie istniało.

Na szczęście zawsze jest co najmniej kilku dziennikarzy, którzy wciąż zadają dociekliwe pytania lub składają wnioski o informacje publiczne. Jak autorytarni przywódcy reagują na te wyjątki? Tak, nazywają ich kłamcami – "fałszywe informacje". Następnie ustanawiają jeszcze więcej przepisów, aby ich uciszyć, jeśli nie gorzej. Na Węgrzech dziennikarze nie mają wstępu do budynku parlamentu. Na Malcie, Słowacji, w Bułgarii i Rosji, dociekliwi dziennikarze są mordowani.

Pluralizm, proszę

I tak oto znaleźliśmy się w tym miejscu. A naszą odpowiedzią nie powinna być walka z fałszywymi informacjami, a tym samym wzmocnienie dyskursu stworzonego przez autorytarnych przywódców. Zamiast tego musimy zrobić to, czego oni nie chcą, abyśmy zrobili: zapewnić pluralizm mediów, konkurencję i swobodny przepływ informacji. Jeśli tego nie zrobimy, rządy będą nadal manipulować opinią publiczną w celu pozyskiwania wsparcia dla polityk, które atakują wartości praw człowieka i organy, które utrzymują demokrację, takie jak sądy, organizacje pozarządowe i krajowe instytucje zajmujące się prawami człowieka. Robią to z jednego jedynego powodu i nie jest to troska o bezpieczeństwo i poprawę poziomu życia obywateli. Chcą pozostać przy władzy. Tak, to naprawdę takie proste.

Nadszedł czas, aby instytucje UE i demokratyczne rządy krajowe wprowadziły środki i normy prawne zarówno na szczeblu UE, jak i na szczeblu krajowym, aby pomóc stworzyć środowisko, w którym mogą rozwijać się wolne i pluralistyczne media.